Lighthouse (2019)
Czarno- biały, ascetyczny, z powolną akcją: film Roberta Eggersa jest paraboliczną opowieścią stylizowaną na biblijną historię o sporze Boga z ludźmi. Wymagający seans może nie pasować do rozrywkowej natury współczesnej kultury. Niech jednak film Was nie odstraszy progiem wejścia, bo jest to fascynująca podróż w najgłębsze zakamarki ludzkiej duszy. Mamy tu do czynienia z teologicznym manifestem. Dziełem, które każe nam zastanowić się nad sensem egzystencji człowieka w starciu z Bogiem.
Jest więc wyspa, na którą przybywa Thomas Wake (Williem Dafoe) oraz Ephraim Winslow (Robert Patison), jako pracownicy latarni morskiej. Ten pierwszy mężczyzna jest tu już któryś raz. Jest doświadczony, zna problemy tego miejsca. Potrafi wskazać co i kiedy się zepsuje, co i kiedy należy naprawić. Ta wiedza, choć dla Ephriama może wydawać się magiczna, polega jedynie na przyzwyczajeniu. Zadania rozdziela Thomas, kierując młodszego robotnika do pracy fizycznej, siebie samego zaś ustanawia strażnikiem światła latarni.
Na wyspie jest dużo pracy. Starszy latarnik rzadko w niej pomaga młodszemu. Jeśli tak się dzieje, to na zasadzie sprawdzania Ephrima. Malowanie wieży jest próbą wiary, podczas której młody latarnik upada, bowiem zwątpił. Pełne posłuszeństwo, którego oczekuje Thomas, przywołuje Abrahama, który miał poświęcić swojego jedynego syna, Izaaka. Dlatego starszy mężczyzna strzeże światła w latarni. Jest zazdrosny o jego blask, bo to ono gwarantuje mu posłuszeństwo. Jest to probierz jego pozycji w relacji z Ephriamem.
Jednego z wieczorów dowiadujemy się, że młodszy latarnik zrezygnował z pracy w wyrębie, bo była ona za trudna- tak jak obecność ludzi w raju- dlatego przyjechał na tę wyspę. Tutaj zaś praca jest jeszcze cięższa- tak jak stało się wedle słów Biblii na Ziemi. Ta zmiana wcale nie zadowoliła młodego latarnika. Chce wracać. Reżim panujący na wyspie go uwiera. Przestrzeń współdzielona z Thomasem, gdzie czuje się ciągle obserwowany z wysokości latarni, jest klaustrofobicznie mała (co świetnie widać w kadrowaniu filmu).
Przy kolejnym wieczornym posiłku Ephriam zwraca się do Thomasa słowami: „Mam dość twoich skretyniałych historyjek”. Młodszy mężczyzna ma dość nie tyle opowieści starca, ale ich mocy sensotwórczej. Zawsze bowiem to, co zostanie powiedziane jest w jakiś sposób prawdziwe. Ostrzeżenie przed syrenami czy zwracanie uwagi na niebezpieczną pogodę wywiera na młodym latarniku presję, która buduje znaczenie słów starszego latarnika. Ephriam czuje się osaczony przez Thomasa. Nie może się wyzwolić. Ma dość autorytetu z którym nie sposób dyskutować.
Thomas forsuje swoją pozycję przez zakazy i nakazy, a także poprzez wdrażanie przesądów. Ephriam dowiaduje się, że nieszczęściem jest zabicie mewy, choć są to ptaki irytujące. Thomas nie wyjawia powodów zakazu, podaje jedynie sankcje magiczną („Bo coś złego się stanie!”). Ephriam podczas monotonnej pracy, w której mewy przeszkadzają i niweczą jego wysiłki, dokonuje czynu zabronionego i brutalnie pozbawia życia jednego z ptaków. Jest to jak zerwanie jabłka z drzewa poznania. Młody mężczyzna pokonuje się, że nic złego się nie stało, choć dokonało się właśnie najgorsze: został złamany zakaz.
Film ukazuje nam kondycję młodego latarnika. Pragnienia, dążenia czy pożądania są czymś zewnętrznym wobec Ephriama, powodowane jedynie zazdrością o pozycję Thomasa. Akt zabójstwa niczego nie ułatwia. Thomas zasypywany w płytkim grobie zdaje się rozumieć ten przekorny los i deklaruje: „Będziesz ukarany”. Kondycja człowieka po zabójstwie Boga nie będzie lepsza. Choćbyśmy ujrzeli blask światła latarni, nadal będziemy zagubieni w świecie. Los ten dopełnia Ephrim, którego wątrobę rozszarpują ptaki, tak samo jak wnętrzności przykutego do skał Kaukazu Prometeusza. Wykradł on bogom ogień. Ale czy zaniesienie go ludziom było słuszne? Przekornie odkrywamy, że Metafizyki nie można zmienić, choć metafizyki zmienia się często.
Jest więc wyspa, na którą przybywa Thomas Wake (Williem Dafoe) oraz Ephraim Winslow (Robert Patison), jako pracownicy latarni morskiej. Ten pierwszy mężczyzna jest tu już któryś raz. Jest doświadczony, zna problemy tego miejsca. Potrafi wskazać co i kiedy się zepsuje, co i kiedy należy naprawić. Ta wiedza, choć dla Ephriama może wydawać się magiczna, polega jedynie na przyzwyczajeniu. Zadania rozdziela Thomas, kierując młodszego robotnika do pracy fizycznej, siebie samego zaś ustanawia strażnikiem światła latarni.
Na wyspie jest dużo pracy. Starszy latarnik rzadko w niej pomaga młodszemu. Jeśli tak się dzieje, to na zasadzie sprawdzania Ephrima. Malowanie wieży jest próbą wiary, podczas której młody latarnik upada, bowiem zwątpił. Pełne posłuszeństwo, którego oczekuje Thomas, przywołuje Abrahama, który miał poświęcić swojego jedynego syna, Izaaka. Dlatego starszy mężczyzna strzeże światła w latarni. Jest zazdrosny o jego blask, bo to ono gwarantuje mu posłuszeństwo. Jest to probierz jego pozycji w relacji z Ephriamem.
Jednego z wieczorów dowiadujemy się, że młodszy latarnik zrezygnował z pracy w wyrębie, bo była ona za trudna- tak jak obecność ludzi w raju- dlatego przyjechał na tę wyspę. Tutaj zaś praca jest jeszcze cięższa- tak jak stało się wedle słów Biblii na Ziemi. Ta zmiana wcale nie zadowoliła młodego latarnika. Chce wracać. Reżim panujący na wyspie go uwiera. Przestrzeń współdzielona z Thomasem, gdzie czuje się ciągle obserwowany z wysokości latarni, jest klaustrofobicznie mała (co świetnie widać w kadrowaniu filmu).
Przy kolejnym wieczornym posiłku Ephriam zwraca się do Thomasa słowami: „Mam dość twoich skretyniałych historyjek”. Młodszy mężczyzna ma dość nie tyle opowieści starca, ale ich mocy sensotwórczej. Zawsze bowiem to, co zostanie powiedziane jest w jakiś sposób prawdziwe. Ostrzeżenie przed syrenami czy zwracanie uwagi na niebezpieczną pogodę wywiera na młodym latarniku presję, która buduje znaczenie słów starszego latarnika. Ephriam czuje się osaczony przez Thomasa. Nie może się wyzwolić. Ma dość autorytetu z którym nie sposób dyskutować.
Thomas forsuje swoją pozycję przez zakazy i nakazy, a także poprzez wdrażanie przesądów. Ephriam dowiaduje się, że nieszczęściem jest zabicie mewy, choć są to ptaki irytujące. Thomas nie wyjawia powodów zakazu, podaje jedynie sankcje magiczną („Bo coś złego się stanie!”). Ephriam podczas monotonnej pracy, w której mewy przeszkadzają i niweczą jego wysiłki, dokonuje czynu zabronionego i brutalnie pozbawia życia jednego z ptaków. Jest to jak zerwanie jabłka z drzewa poznania. Młody mężczyzna pokonuje się, że nic złego się nie stało, choć dokonało się właśnie najgorsze: został złamany zakaz.
Film ukazuje nam kondycję młodego latarnika. Pragnienia, dążenia czy pożądania są czymś zewnętrznym wobec Ephriama, powodowane jedynie zazdrością o pozycję Thomasa. Akt zabójstwa niczego nie ułatwia. Thomas zasypywany w płytkim grobie zdaje się rozumieć ten przekorny los i deklaruje: „Będziesz ukarany”. Kondycja człowieka po zabójstwie Boga nie będzie lepsza. Choćbyśmy ujrzeli blask światła latarni, nadal będziemy zagubieni w świecie. Los ten dopełnia Ephrim, którego wątrobę rozszarpują ptaki, tak samo jak wnętrzności przykutego do skał Kaukazu Prometeusza. Wykradł on bogom ogień. Ale czy zaniesienie go ludziom było słuszne? Przekornie odkrywamy, że Metafizyki nie można zmienić, choć metafizyki zmienia się często.

Komentarze
Prześlij komentarz